W krainie chilijskich jezior

Od czasu zakupu samochodu zaczęliśmy podróżować niezależnie od komunikacji publicznej i omijać, w miarę możliwości, utarte przez turystów szlaki. To jest w końcu to!

Docieramy obecnie w miejsca, do których byłoby ciężko, lub wręcz niemożliwe dotrzeć autobusem. Na początek, po opuszczeniu Santiago, dotarliśmy do Moliny (250 km od stolicy Chile). Nic ciekawego jednak o tym miejscu napisać nie można poza tym, że gospodarz, u którego nocowaliśmy, tak się rozochocił wzajemnym zapoznawaniem i opowieściami, że jak się mu piwo skończyło (dostarczone przez nas), zachciało mu się więcej i domagał się dolewki :).

Z tej małociekawej mieściny przemieściliśmy się w rejon jezior w Chile. Na zakończenie całodziennej podróży autostradą znaleźliśmy sobie przytulną chatkę położoną pomiędzy miejscowościami Pucon i Villarrica. Bardzo ładna, malownicza okolica z wulkanem w tle. Zaletą podróżowania samochodem jest też możliwość innego pakowania się na podróż i możliwość zabrania większej ilości rzeczy ze sobą. Zaczęliśmy również szukać innego rodzaju noclegów – zamiast hosteli zaczynamy wybierać chatki (cabania). Koszty takiego noclegu zbliżone są do ceny pokoju dwuosobowego w hostelu czy pensjonacie, a charakteryzuje go dużo większa swoboda i… możliwość samodzielnego gotowania, co jest istotne, gdy dociera się w odludne tereny, szczególnie poza sezonem turystycznym. Niestety, są i minusy takich miejsc – zazwyczaj brak Internetu lub Internet bardzo wolny, niezależnie od tego czy to lokalne wi-fi, czy połączenie internetowe z posiadanej przez nas karty komórkowej (pewno to też kwestia odległych od cywilizacji miejscówek, które wybieramy). Przy tej okazji prosimy więc o wyrozumiałość stałych czytelników bloga – mogą być opóźnienia w publikacji kolejnych wpisów, bo widać, że im dalej na południe tym gorzej z Internetem, a tam właśnie obecnie zmierzamy.

Wraz z przemieszczaniem się na południe obserwujemy również zmianę pogody. Pierwszego dnia naszego pobytu w „chilijskiej krainie jezior” cały czas padał deszcz, więc odpoczywaliśmy. Drugiego dnia nieco się rozpogodziło, więc wyruszyliśmy na zwiedzanie. Dobrze, że dysponujemy samochodem podwyższonym (4×4), bo drogi są tu utwardzone ale bez asfaltu, miejscami bardzo strome, z sypkim gruntem. Dodatkowo część dróg jest remontowanych (z mijankami), co znacząco wydłuża podróż, tak że przez cały dzień przejechaliśmy tylko ok. 200 km nie oddalając się znacząco od miejsca naszego noclegu. Najciekawszy akcent drogowy mieliśmy w jednym z okolicznych parków narodowych, gdzie zaplanowaliśmy zrobić skrót przez góry i szybko wrócić do domku. W parku zaczął sypać… śnieg, a jak zapytaliśmy się pracowników parku, czy możemy dalej jechać obraną drogą (taka malutka i mięciutka się stała, że woleliśmy się spytać), to powiedzieli, że nie da rady nawet takim samochodem jak nasz, bo po drodze napotkamy pozimową pokrywę śnieżną grubości 1m. Tak więc z drogi powrotnej o długości 10 km zrobiło się 90 km, bo trzeba było wracać w kółeczko. Jednak okolice są tu bardzo przyjemne, można zobaczyć dużo zwierząt hodowlanych (krowy, owce, konie, drób) oraz oczywiście jeziora :).

Ostatniego poranka, po przebudzeniu spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka, skończył się gaz do grzania w grzejniku (chatki zwyczajowo opalane są drewnem w kominku albo grzejnikiem gazowym), skutki tego zdarzenia były mocno odczuwalne po wyjściu z cieplutkiej pościeli :). Grzaliśmy się więc kuchenką gazową. W tym miejscu dwa słowa tytułem wyjaśnienia : październik to w tych okolicach początek wiosny – w nocy występują nawet przymrozki (standardowo kilka stopni na plusie), a domki zbyt dobrej izolacji termicznej nie mają. Ciekawostką było też grzanie w sypialni – elektryczny materac :).

Po trzech dniach opuściliśmy okolice Pucon/Villarrica i zjechaliśmy ok. 250 km na południe Chile. Na kolejne trzy dni zawitaliśmy do miejscowości Ensenada położonej pomiędzy wulkanami Osorno i Calbuco. Jak się okazało, ten drugi miał ostatnią eksplozję w kwietniu 2015 roku, której skutki cały czas widać w okolicy, a część ludzi jeszcze nie powróciła do swoich domów po tym wydarzeniu. Nasza gospodyni wróciła do miejsca swojego zamieszkania 2 miesiące przed naszym przyjazdem.

Okolice Ensenady są bardzo malownicze – dookoła góry, wulkany, jeziora, cisza i spokój. Zdecydowanie mniej turystycznie niż w okolicach Pucon, co dla nas jest wielką zaletą tego miejsca.

Na początek wybraliśmy się do Parku Narodowego Vicente Perez Rosales, gdzie przedsiębiorczy tubylec zaproponował nam rejs po jeziorze Todos Los Santos i z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Kolor wody w jeziorze jest niesamowity, ekstremalnie turkusowy, a do tego zapierający dech w piersiach widok na wulkan Osorno. Pobliska rzeczka Petrohue również ma niesamowity kolor. Na tej rzeczce zobaczyć można małe wodospady (saltos). Zdziwił nas brak opłat za wejście do miejsca, w którym można je zobaczyć, bo przewodnik mówił, że to atrakcja odpłatna. Okazało się jednak, że z trzech tras obecnie można poruszać się wyłącznie po jednej, pozostałe dwie są zamknięte (remontują infrastrukturę), więc dlatego też odpłatności nie pobierają. No cóż, jesteśmy przed sezonem, obserwujemy to niejednokrotnie. Ma to swoje plusy (łatwo znaleźć wolne miejsca noclegowe, ceny duuuuużo niższe niż w sezonie tj. grudzień-luty) ale i minusy (większość restauracji poza miastami pozamykana, dużo miejsc w remoncie).

Pozostałą część dnia spędziliśmy… na zboczach wulkanu Osorno (bardzo stromy podjazd, podczas zjeżdżania hamulce śmierdziały przeokrutnie), a popołudniem przejechaliśmy do wiosek Ralun i Cochamo.

Ostatni dzień naszego pobytu w Ensenada to przejazd do cywilizacji tj. do pobliskiej miejscowości Puerto Varas w sprawach organizacyjnych (wyciągnięcie pieniędzy, zakupy, napicie się dobrej kawy z ekspresu:)) i podjęcie decyzji o wyjeździe do Argentyny, by naprawić samochód (przy zakupie powiedziano nam, że musimy wymienić klocki hamulcowe, a w Argentynie można zrobić to dużo taniej). Ale zanim przyjdzie czas na kolejną wizytę w Argentynie, przed nami jeszcze weekend na chilijskiej wyspie Chiloe, o czym w kolejnym wpisie.

Ostatniego wieczora Aga przygotowała nam niesamowity obiad, którego najważniejszym składnikiem jest…. puree ziemniaczane – pierwszy raz od trzech miesięcy, (pychotka i miła odmiana, gdyż zazwyczaj jada się  tu frytki). Do tego ogóreczki – wydawało się, że będą kiszone (pepinillos), ale po przestudiowaniu etykiety okazało się, że głównym dodatkiem jest ocet. A było go tak dużo, że aż gębę wykręcało :). Co ciekawe, takie ogóreczki kupuje się w markecie na stoisku z… chipsami i orzeszkami solonymi.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “W krainie chilijskich jezior

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s