The Catlins, PN Fiordland, Kepler Track, Milford Sound czyli kilka słów o kaprysach pogody w Nowej Zelandii

9 marca 2016 opuściliśmy Christrchurch po naprawieniu samochodu i zrobieniu badań technicznych WOF (oczywiście nie obyło się bez dalszych przygód i komplikacji) i skierowaliśmy się na południe.

Na początek za cel obraliśmy sobie rejon zwany The Catlins czyli samo południe Wyspy Południowej, gdzie chcieliśmy odpocząć po wizycie Gościa z Polski ;). A tak serio, to od dawna planowaliśmy zobaczyć te okolice, które według informacji zawartych w przewodniku są bardzo ładne i odludne (ładne, to się zgadza, odludne już nie). Zajechaliśmy, a tam… zimno, deszcz i wieje, prawie jak w Patagonii. Na początek odwiedziliśmy Nugget Point, gdzie zobaczyć można wysokie klify i latarnię morską. Udało nam się również ujrzeć jednego pingwina i to z bardzo daleka (to ponoć był pingwin, o czym poinformowała nas jedna z 30 innych osób, które, tak jak i my, w tym dniu rozglądała się za pingwinami i dysponowała lornetką). Na nocleg dotarliśmy do oddalonego od głównej drogi campingu nad Purakaunui Bay. Piękny camping: surferzy, klify i wiatr.

 

Kolejnego dnia o poranku obudził nas deszcz. Następnie wyszło na chwilę słonko, ale koło południa pogoda diametralnie się zmieniła, lało i wiało tak mocno, że zalało drogę, którą planowaliśmy jechać. Musieliśmy więc zrobić odwrót z zaplanowanej trasy i nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, aby dotrzeć do miejsca docelowego inną szosą. Tego dnia byliśmy min. w Curio Bay, gdzie można (ponoć) zobaczyć skamieniałe drzewa w morzu. My widzieliśmy tylko latające pingwiny, taki był wiatr ;). Na koniec dnia pogoda nie dała nam żadnych szans na to, aby przygotować i skonsumować posiłek na zewnątrz (wiało tak, że głowy chciało pourywać, do tego co chwilę „rzucało żabami i pingwinami” 😉 ). Nasz campervan nie pozwala na gotowanie w środku, więc na obiad była tylko bułka ale z… polskim pasztetem, co go Gość z Polski przywiózł :).

 

Ostatniego dnia naszego pobytu w The Catlins dotarliśmy na camping przy Monkey Island, gdzie udało nam się zobaczyć przepiękny zachód słońca (w końcu bez deszczu!) i pierwszy raz, od dawna, zjeść muszelki na kolację. Po doświadczeniach pogodowych tych ostatnich dni stwierdziliśmy, że jesień w Nowej Zelandii zbliża się dużymi krokami –  jest zimno i wietrznie oraz coraz częściej pada deszcz.

 

Wizytę w The Catlins zakończyliśmy 13 marca, skąd pojechaliśmy do Te Anau, tym samym wjeżdżając do kolejnej dużej krainy tj. do Parku Narodowego Fiordland. Główne atrakcje tego regionu to: Milford Sound (jeden z dwóch fiordów nowozelandzkich, drugi to Doubtful Sound, również w PN Fiordland) oraz dwa Great Walks tj. Milford Track oraz Kepler Track. Pierwszy z nich jest tak rozreklamowany, że kiedy w kwietniu zaczyna się rezerwacja internetowa noclegów na sezon turystyczny rozpoczynający się w październiku (!), to trzeba zakupić je już w kilku pierwszych dniach miesiąca po to, aby w styczniu, lutym czy marcu roku kolejnego móc pójść na szlak. To nie żart, bez rezerwacji noclegu na ten szlak nie wpuszczają. My, po doświadczeniach z Torres del Paine w Chile, więcej atrakcji z tak dużym wyprzedzeniem planować nie chcemy. Chcieliśmy natomiast odbyć spacer po górach w PN Fiordland, więc pozostał nam do wyboru wyłącznie Kepler Track (przez wielu uznawany za jeden z najładniejszych spośród całej dziewiątki), na którym noclegi można było zarezerwować z… dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

 

Zanim jednak wyruszyliśmy na szlak, spędziliśmy jeszcze jedną ale niezapomnianą noc na dość odludnym campingu Thicket Burn Campsite, gdzie spotkaliśmy Robina (endemiczny ptaszek występujący tylko na nowozelandzkiej Wyspie Południowej), i gdzie w nocy oraz o poranku było przeokrutnie zimno (wydaje się, że niewiele ponad zero stopni). Park Narodowy Fiordland znany jest z jeszcze jednej kwestii… Otóż, średni roczny opad deszczu może wynosić tutaj nawet 7000mm! Specyfikę tego regionu dało się odczuć podczas wędrówki na Kepler Track oraz podczas wizyty w Milford Sound.

 

Trasa Kepler Track, podobnie jak w przypadku Tongariro Northern Circut, miała charakter pętli i tak jak poprzednio wędrowaliśmy w przeciwną stronę niż większość turystów (teraz był to jednak zabieg w pełni świadomy i zamierzony), co okazało się być z korzyścią dla nas :). Trasa liczy 60 kilometrów i przewidziana jest na 4 dni (w takim czasie ją też wykonaliśmy), ale tylko jeden to dzień z widokami. Pozostałe dni maszeruje się przez las deszczowy, miejscami nawet ładny, ale to tylko las. Pierwszego dnia marszu pogoda była zadowalająca, drugiego dnia padał deszcz, ale nam to specjalnie nie przeszkadzało, bowiem kontynuowaliśmy nasz spacer przez las. Trzeciego dnia (dla nas był to dzień widokowy) pogoda z rana była jedną wielką niewiadomą. Szliśmy zatem z nastawieniem, że może być różnie. Dla przykładu osoby, które dnia poprzedniego szły tym widokowym fragmentem były załamane, bowiem padający deszcz oraz mgła nie dały im żadnych szans na zobaczenie czegokolwiek. Dlatego wielu z nich kolejnego dnia zdecydowało się jeszcze raz pokonać ten odcinek (tylko w przeciwną stronę), aby zobaczyć, co ich ominęło. Maszerowali zatem razem z nami, nie mając żadnej pewności, że będzie dobrze (a podejście było dosyć ostre). Jednak kiedy my wyszliśmy z lasu na polanę, właśnie zaczęło rozwiewać chmury i coraz śmielej zaczęło przyświecać słoneczko :). Z każdą minutą było coraz lepiej i piękniej, taka pogoda utrzymała się już do końca naszej wędrówki. Słowem, w tym przypadku zmiana kierunku marszu okazała się być dla nas bardzo korzystna :). Ostatniego dnia treku mieliśmy wczesną pobudkę (zaobserwowaliśmy przymrozki!), piękny wschód słońca nad jeziorem Te Anau, a później kompletnie nieciekawe zejście z gór przez las. Ciekawie zrobiło się dopiero w chwili, kiedy idącego przez las Przemka osrał całkiem pokaźnych rozmiarów ptaszek ;).

 

Co do wrażeń z tej wędrówki, to wydaje nam się, że jeden dzień z widokami (krajobrazy podobne jak na połoninach w Bieszczadach) to trochę mało i nie do końca jesteśmy usatysfakcjonowani. Było to jednak ciekawe doświadczenie surwiwalowe: 3 dni bez prysznica, ciepłej wody i z ograniczonym dostępem do elektryczności. Kolejna wartość dodana to spotkanie z podróżnikami z Belgii, którzy przemierzają świat już od ponad 2 lat i wydaje się, że podróżują w sposób bardzo podobny do naszego (powoli i wnikliwie). Fajnie było wymienić się z nimi naszymi doświadczeniami z podróży i wrażeniami z odwiedzonych krajów. To również oni zapoczątkowali nasze poważne rozważania na temat trasy podróży po Australii, które prawdopodobnie zakończą się pewnymi modyfikacjami programu :). Ostatnia ciekawa sprawa dotyczy kiwi. W trakcie naszego drugiego noclegu na szlaku, było to w Iris Burn Hut, udało nam się je usłyszeć. Faktycznie wydają bardzo wysokie i piskliwe dźwięki.

 

Bezpośrednio po trekkingu pojechaliśmy ponownie do Te Anau, by pobyć nieco w cywilizacji i skorzystać z jej dobrodziejstw: Internet, kąpiel, zakupy, pralnia. Kolejnego dnia wybraliśmy się natomiast z szybką wizytą do Milford Sound. Jest to, prawdopodobnie, najbardziej rozsławione miejsce w Nowej Zelandii. Turystów nie odstrasza nawet fakt, że w tym rejonie przez większość roku pada deszcz. Tak było również w dzień naszej wizyty tam, dlatego dla nas szybko się ona skończyła :). Po drodze planowaliśmy pójść na krótki ale intensywny szlak (4 godziny) zwany Gertrude Seddle, skąd przy dobrej pogodzie mogliśmy ponoć zobaczyć super widoki. Niestety, zanim dobrze się rozpędziliśmy, zachmurzyło się i zaczęło padać… Pojechaliśmy więc do celu tj. do Milford Sound.

 

Główną atrakcją turystyczną w tym miejscu są zorganizowane rejsy statkiem oraz pływanie kajakiem. Z żadnej opcji nie skorzystaliśmy, bowiem deszcz skutecznie nas odstraszył. Natomiast wielu turystów popłynęło, bowiem tutaj, podobnie jak w wielu innych miejscach w Nowej Zelandii, atrakcje trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, a rezygnacja wiąże się z utratą zapłaconych pieniędzy. My jedynie z lądu popatrzyliśmy na unoszące się nad wodą mgły i wynurzające się z nich od czasu do czasu strome szczyty, po czym intensywny deszcz „wykurzył” nas z tego miejsca :). Jadąc drogą do Te Anau widzieliśmy jak z okolicznych skał spływały, jeden obok drugiego, niezliczone wodospady. To również nadaje temu miejscu szczególnego uroku, jednak my preferujemy słońce i błękitne niebo :).

 

Tego samego dnia czyli 18 marca dotarliśmy na camping, na którym, całkiem przypadkiem, spotkaliśmy kolejnych długodystansowych podróżników. W tym przypadku byli to Polacy (Ania i Czarek). Co prawda od dawna nie mieszkają Oni w Polsce (tylko w Wielkiej Brytanii), ale ucieszyli się bardzo ze spotkania z rodakami :). Ania i Czarek w swoją podróż wyruszyli w marcu 2015 roku, o ich przygodach można poczytać na prowadzonym przez nich blogu: dc-adventures.co.uk.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s