To nie zoo, to Australia – zwierzęta cz. 3

W kolejnym odcinku z cyklu o zwierzętach przedstawiamy te, które spotkaliśmy podczas naszego przejazdu przez Outback.

Jadąc przez Centralną Australię spodziewaliśmy się zobaczyć wiele zwierząt. Nasze oczekiwania w części zostały spełnione. Spotkania z lokalną przyrodą rozpoczęliśmy od niesamowicie dużych mrówek w olbrzymim mrowisku. Na szczęście tej nocy spaliśmy w samochodzie, tak więc do wnętrza naszej „sypialni” mrówki nie zaglądały. Na tym samym campingu, po raz pierwszy, mieliśmy do czynienia z dużymi pająkami. Przeżycie było mocne, gdyż pająki „porozpinały” swoje sieci pomiędzy drzewami, a Przemek, zbierając opał na ognisko, specjalnie drzew nie obserwował i mało zawału nie dostał, gdy prawie w taką sieć wszedł :).

W kilku miejscach spotkaliśmy także dingo. Wychodzą one głównie w nocy w poszukiwaniu jedzenia, ale jednego udało nam się zaobserwować pod Uluru, kiedy to zakończyliśmy podziwianie wschodu Słońca i większość samochodów rozjechała się w różne części parku, a my postanowiliśmy jeszcze chwilę zostać, aby na spokojnie zjeść śniadanie. Trochę się zdziwiliśmy, że spotkany dingo nie miał jasnej sierści. Dotychczas wydawało nam się, że taką właśnie winien mieć ;). Ot, zwykły, bezpański, dziki pies.

Jeszcze większe zdziwienie wzbudziły w nas wielbłądy. Tych zwierząt wcale nie kojarzyliśmy z Australią. Okazuje się, że nie jest to gatunek rdzenny (podobnie jak psy dingo). Ktoś kiedyś sprowadził je na ten kontynent, było bowiem wiadomo, że zwierzęta te są wytrzymałe i dobrze znoszą ciężkie warunki. Z tego też powodu zdecydowano się wykorzystać je do pracy, a z chwilą kiedy stały się niepotrzebne, zwrócono im wolność. Poszły więc wielbłądy na pustynię i wesoło się rozmnażały, powoli dziczejąc :). Dzięki temu obecnie można spotkać je wędrujące przez Outback, ku uciesze i zdziwieniu nieświadomych tego faktu turystów.

Wszystkie organizmy żywe potrzebują wody. A że w tej części Australii to dobro deficytowe, to jak tylko się pojawiało, mogliśmy liczyć na atrakcje. Jedną z nich były papugi spijające spadające z kranu kropelki wody. Mogliśmy stać i fotografować je przez długi czas. Tak długi, że okazało się, iż opuszczamy nasz camping jako ostatni (generalnie zauważamy, że do osób wcześnie rozpoczynających dzień nie należymy, prawie zawsze wyruszamy jako jeden z ostatnich samochodów) :).

Gdy wody w krajobrazie pojawiło się więcej, co miało miejsce w Camooweal, nastąpił czas spotkań z żabami, owadami oraz ptactwem. A wszystko to dostępne na wyciągnięcie ręki, bez większego wysiłku, gdyż camping, na którym się zatrzymaliśmy, znajdował się bezpośrednio nad jeziorem. To właśnie w tym miejscu po raz pierwszy mrówki zaczęły wchodzić nam do namiotu. Walka z nimi była długa i zaciekła, ale ostatecznie wybiliśmy te, które przedostały się do wnętrza, podczas gdy kolejnym odcięliśmy drogę wejściową (okazuje się, że na połączeniach z przyczepką namiot miał luzy i przez nie owady te wchodziły).

Pająki i inne owady spotykaliśmy również w kolejnych lokalizacjach. Na przykład w Parku Narodowym Porcupine Gorge były to duże pająki (co ciekawe, najwięcej i najciekawsze okazy spotkać można przy toaletach) oraz olbrzymie cykady. W tym samym parku widzieliśmy zwierzątko, które zwie się rufus beetong (jest to połączenie szczura i kangura). Wprawiło ono Agę w nie lada popłoch, kiedy jednego z późnych wieczorów pojawiło się znienacka za naszym samochodem.

Po dotarciu na wschodnie wybrzeże Australii tj. do miejscowości o nazwie Townsville odkryliśmy natomiast, że z jednego z campingów przywieźliśmy sobie zwierzątko (bynajmniej nie domowe), którym okazał się być olbrzymi, włochaty pająk. Ten akurat był, ponoć, niegroźny, ale wyglądał obrzydliwie. Musiał gdzieś na przyczepce się zakamuflować i w ten oto sposób przejechał z nami kilkaset kilometrów. Z kolei wieczorami, w campingowej toalecie w Townsville towarzystwa dotrzymywały nam… żaby. Takie ładne, zieloniutkie (jak na załączonym obrazku), spoglądały na nas na przykład wtedy, gdy korzystaliśmy z prysznica :). A na nadmorskim deptaku rządziły ptaki z zakrzywionymi dziobami (może dlatego te dzioby takie krzywe mają, bo stukają nimi po twardej powierzchni min.  po chodnikach :)?).

To na pewno jeszcze nie koniec historii o zwierzętach, będzie kolejna odsłona w tym temacie. W kolejce do opublikowania czekają już zdjęcia innych ciekawych stworów takich jak dziobak, kazuar, goanna czy indyk, który biega po lesie :).

 

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “To nie zoo, to Australia – zwierzęta cz. 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s