Kierunek południe – w drodze do Perth po raz drugi, ostatni

W Perth spędziliśmy pięć intensywnych dni, podczas których skupiliśmy się na sprawach organizacyjno – porządkowych, jak również na zastanawianiu się nad tym, w jaki sposób chcemy spędzić trzy ostatnie tygodnie naszego pobytu w Australii. Po przeanalizowaniu dostępnych opcji  postanowiliśmy udać się w kierunku południowym, przy czym cały czas pozostawaliśmy w niewielkiej odległości od stolicy stanu. Mimo to, właśnie wtedy mieliśmy okazję zobaczyć najbardziej zróżnicowane krajobrazowo regiony Czerwonego Kontynentu oraz odwiedzić miejsce, które w ostatniej chwili zmieniło nasz subiektywny ranking najpiękniejszych miejsc w Australii.

Dryandra Woodland, Tin Horse Highway, Wave Rock

Wizytę w Dryandra Woodland zaplanowaliśmy w związku z  informacją, którą znaleźliśmy w Internecie. Chodziło o to, że jest to jedna z dwóch lokalizacji w całej Australii, gdzie naturalnie występują numbaty – zwierzęta będące symbolem Australii Zachodniej. Niestety, podczas naszej wizyty w tym miejscu nie udało się ich spotkać. Były jednak inne atrakcje, jak chociażby nocny spacer po lesie w poszukiwaniu nietypowych zwierzątek, których aktywność zaczyna się po zapadnięciu zmroku. Podczas tego spaceru spotkaliśmy „tylko” kangury, olbrzymie owady latające i komary „dostające głupawki” w związku ze światłem wydobywającym się z naszych czołówek :). Kolejnego dnia kontynuowaliśmy zwiedzanie okolicy, przemieszczając się samochodem po leśnych drogach oraz spacerując po pięciokilometrowym szlaku prowadzącym przez zmieniający się krajobrazowo las (Woylie Walk). Podczas spaceru szczęście nam sprzyjało, w efekcie czego spotkaliśmy liczne zwierzęta: zwierzątko a la chomik (w tych okolicach występuje bardzo duża ich ilość, a ponieważ są to zwierzęta nocne, podczas dnia jeszcze trudniej jest je zobaczyć), jaszczurki zwane Bobtail Skink oraz kolczatkę. Poza tym widzieliśmy mnóstwo interesujących kwiatów i gniazdo pszczół. O zwierzątkach napiszemy więcej kolejnym razem, tj. w ostatniej już odsłonie naszego zoologicznego cyklu :).

Krążąc w ciągu dnia po lesie, kilkakrotnie spotykaliśmy się z sympatyczną starszą panią. Podczas każdego z naszych spotkań zatrzymywaliśmy się na krótką pogawędkę, ostatecznie umówiliśmy się na wspólne spędzenie czasu wieczorem, przy butelce winka, na naszym campingu. Było to bardzo sympatyczne doświadczenie towarzyskie. To co dla nas w tej historii jest najbardziej  ciekawe i pozytywne, to potwierdzenie wcześniej formułowanych przez nas stwierdzeń, że australijscy emeryci zamiast siedzieć w domu i markotnieć, decydują się na dłuższe i krótsze wojaże, podczas których potrafią szczerze cieszyć się życiem oraz delektować się każdą chwilą. Sytuacja zgoła odmienna od tej, jaką obserwujemy w Polsce.

Po opuszczeniu Dryandra Woodland pojechaliśmy do miejscowości Kulin tylko po to, aby zobaczyć słynną na całą okolicę Tin Horse Highway. Opisywane tereny mają charakter typowo rolniczy, tak więc w krajobrazie królują pola uprawne, a sama Tin Horse Highway to dość dziwna atrakcja. Idea, jaka przyświecała jej powstaniu, była związana z chęcią „ożywienia” krajobrazu i zwrócenia uwagi przemierzających te okolice turystów. Tak więc lokalni rolnicy postanowili postawić na swoich polach, wzdłuż drogi, blaszane konie wykonane z dużych, metalowych beczek. Większość posiadaczy pól mocno przyłożyła się do tego zadania i wykonali naprawdę ładne, kolorowe i urozmaicone figury przedstawiające konie różnych profesji. Tak więc jadąc Tin Horse Highway mamy okazję zobaczyć min.: kucharza, kobziarza, policjanta i wiele, wiele innych. Miejsce interesujące nie tylko dla dzieci, nam również bardzo się spodobało, głównie przez swoją oryginalność.

Następny punkt programu zwiedzania to największa atrakcja tej okolicy czyli Wave Rock. W drodze do tego miejsca odwiedziliśmy także Buckley’s Breakaway, które uznawane jest za mini wersję Painted Desert czyli „malowanej” pustyni położonej w okolicach Alice Springs. Do atrakcji położonej w centralnej części kontynentu nie udało nam się dotrzeć ze względu na zamknięcie dróg po intensywnych opadach deszczu. Jeśli chodzi natomiast o mini wersję to… nie wzbudziła ona naszych zachwytów, zapewne ze względu na wrażenia jakie mieliśmy w pamięci po zobaczeniu kolorowych gór w Ameryce Południowej (San Pedro de Atacama). A wracając do Wave Rock… na pewno jest ona wyjątkowa w swym kształcie, przypominającym morską falę, ale również nie „rzuciła nas na kolana”, w przeciwieństwie do kolejnej atrakcji, którą chcemy zaprezentować w następnej części tej relacji :).

Park Narodowy Fitzgerald River

Prawdziwym wstrząsem zakończyła się dla nas wizyta w Parku Narodowym Fitzgerald River położonym mniej więcej w połowie drogi między miejscowościami Albany i Esperance :). Spowodowała ona zmianę naszego TOP3 najciekawszych miejsc w Australii, o czym wspominaliśmy na wstępie. W naszej ocenie park ten jest po prostu niesamowity. Dzieli się na dwie części: wschodnią i zachodnią, w obu występuje niezwykłe zróżnicowanie krajobrazów: rzeki, ocean z turkusową wodą, ciekawa linia brzegowa z bardzo urozmaiconymi skałami, piaszczystymi plażami z drobnym białym piaskiem oraz z dużą ilością muszli, góry. Do listy atrakcji obowiązkowo dopisać należy zwierzęta: ptaki, kangury, „uśmiechnięte” jaszczury, węże oraz ciekawą roślinność (rzadko występująca roślina o nazwie Hakea Royal). Kolejną zaletą tego miejsca jest brak turystów, szczególnie w części wschodniej, bowiem główna droga asfaltowa tam prowadząca jest nieprzejezdna. Tak więc jedynym sposobem na to, aby dotrzeć w to magiczne miejsce jest pokonanie pięćdziesięciu kilometrów bardzo słabą drogą gruntową. Było jednak warto namęczyć się, by tam się znaleźć. We wschodniej części parku spędziliśmy dwa dni, podczas których przeszliśmy fragment szlaku Hakea Walk Trail oraz weszliśmy na najwyższe wzniesienie w tej części parku, tj. szczyt East Mount Barren (311m npm) z zachwycającym widokiem na Culham Inlet i ocean.

Do części zachodniej dotarliśmy po kilku kolejnych dniach, które spędziliśmy w Esperance i w Parku Narodowym Cape Le Grand (napiszemy o tym w kolejnym akapicie). Podczas naszej drugiej bytności w tym miejscu osiedliśmy na campingu St Marry Campground położonym w pobliżu Point Ann –  popularnym punkcie obserwacji wielorybów. Dotychczas mieliśmy okazję obserwować te zwierzęta kilkakrotnie, również podczas tej podróży, ale to właśnie tam po raz pierwszy widzieliśmy wielorybicę pływającą na grzbiecie i bawiącą się ze swoim niedawno narodzonym „maluchem”. Takie sytuacje można podziwiać w tej lokalizacji każdego roku, w okresie od maja do października. Zdarzenie, które opisujemy miało miejsce pierwszego listopada i kilka dni później okazało się, że właśnie tego dnia pożegnaliśmy ostatnią parą wielorybów z gatunku Souther Right Whale (czyżby czekały właśnie na nas?). Do zachodu słońca obserwowaliśmy ich harce w wodzie, popijając piwko i delektując się tym niezwykłym widokiem. Z całym przekonaniem możemy powiedzieć, że były to najciekawsze okoliczności, w jakich przyszło konsumować nam piwo w całym naszym dotychczasowym życiu :). Kolejnego dnia pobytu w parku pospacerowaliśmy fragmentem szlaku pieszego zwanego Mamang Trail, który podobnie jak  Hakea Walk Trail prowadzi wybrzeżem. Każdego popołudnia udawaliśmy się również na punkt widokowy z nadzieją na ponowne spotkanie z wielorybami, ale więcej już ich nie zobaczyliśmy. W zamian za to, spacerując po okolicy, mieliśmy możliwość obserwować grupę ponad 10 delfinów, pływających blisko brzegu oraz unoszących się na szalejących falach oceanu.

Esperance, Park Narodowy Cape Le Grand

Pomiędzy wizytą we wschodniej i zachodniej części Parku Fitzgerald River udaliśmy się na kilka dni do miejscowości Esperance i położonego kilkadziesiąt kilometrów na wschód od niej  Parku Narodowego Cape Le Grand. Oba wymienione miejsca są bardzo znane w Australii Zachodniej, słyną z przepięknych, piaszczystych i szerokich plaż. Dodatkowo do parku prowadzi asfaltowa droga, co skutkuje tym, że w miejscu tym spotkać można wielu turystów. W parku zatrzymaliśmy się na dwie noce, nasz pobyt w tym miejscu wykorzystaliśmy do tego, aby odwiedzić słynną zatokę Lucky Bay, zdecydowanie mniejszą, ale w naszej opinii bardziej uroczą Thistle Cove oraz pospacerować po plaży i popodziwiać zachody Słońca. Podsumowując, okolice te podobały nam się, ale zdecydowanie nie zrobiły na nas takiego wrażenia, jak opisywany wcześniej Park Narodowy Fitzgerald River.

Albany, Park Narodowy Torndirrup

Przemierzając południową część Australii Zachodniej często mieliśmy styczność z cywilizacją (zupełnie inaczej niż miało to miejsce na północy), a czym bliżej do Perth tym była ona większa. I tak postanowiliśmy zatrzymać się na kilka nocy w Albany. Zazwyczaj podczas naszej podróży staraliśmy się unikać przebywania w miastach, jednak w tym przypadku decyzja taka została przez nas podjęta ze względu na fakt, że miasteczko to stanowi dobrą bazę wypadową dla osób zainteresowanych zwiedzaniem okolicznych atrakcji.

Jedną z nich jest Park Narodowy Torndirrup, który bardzo chcieliśmy zobaczyć, a który… mocno nas rozczarował. Najbardziej rozpoznawalne miejsce w parku, tj. The Gap, okazało się być nadmorską skałą, w którą z wielką siłą uderzają fale, a po której można pospacerować stąpając po… szklano –metalowym pomoście. Pozostałe atrakcje: Natural Bridge, Stony Hill czy Salmon Hole były niewiele ciekawsze. A Blowholes (dziury w skałach), przez które woda powinna tryskać wysoko i efektownie (tak jak miało to miejsce w okolicach Carnarvon), okazały się ciche i niemożliwe do zobaczenia w dniu kiedy tam byliśmy (może była to kwestia pogody?). Najciekawiej, ze względu na kolor wody i otaczającą nas scenerię, zaprezentował się Jimmy Newell’s Lookout, ale i tak nie stanowił on na tyle interesującej atrakcji, by powiedzieć, że ten park narodowy wart jest odwiedzenia.

 

Park Narodowy Porongurup, Park Narodowy Stirling Range

Kolejny etap naszej podróży związany był z górami (okolice Mt Barker). W pierwszej kolejności odwiedziliśmy Park Narodowy Porongurup, w którym gościliśmy krótką chwilę. Tylko tyle czasu było nam potrzebne, aby odbyć spacer na Castle Rock – stromy, skalisty szczyt „przyozdobiony” kolejnym szklano – metalowym „potworkiem” (czytaj: platformą widokową) :). Niestety, tego dnia pogoda nie pozwoliła nam na dłuższe pozostanie na szczycie – początkowo wiało tak, że głowy chciało pourywać, następnie zaczął padać deszcz i przyszło nam uciekać do samochodu.

Naszym miejscem docelowym w tej okolicy był natomiast Park Narodowy Stirling Range, w którym osiedliśmy na trzy noce. Jest to miejsce wyjątkowe, a jego wyjątkowość związana jest z nagromadzeniem kilku szczytów górskich, dość wysokich jak na australijskie warunki, sięgających powyżej 700m npm, przy czym najwyższy z nich czyli Bluff Knoll liczy sobie 1095 m npm. Pomimo niekorzystnych prognoz przewidujących załamanie pogody na kilka kolejnych dni nastał ładny, względnie pogodny dzień i udało nam się zdobyć najwyższy szczyt całego pasma. Przez kolejne dwa dni po zejściu z góry musieliśmy leczyć zakwasy w nogach, przez ostatnie kilka miesięcy zdążyliśmy bowiem odwyknąć od tego typu atrakcji :). Widoki ze szczytu okazały się być przeciętne, ale całe doświadczenie oceniamy pozytywnie, gdyż było ono zupełnie inne od naszych dotychczasowych doświadczeń australijskich. Najbardziej dla nas interesujące były (niezbyt liczne) spotkania na szlaku z osobami z Australii, które jako i my zapragnęły zdobyć najwyższy szczyt południowej części stanu. Przy tej okazji zaobserwowaliśmy zupełnie odmienny od naszego styl i cel wspinaczki. My wchodzimy na szczyt po to, by nacieszyć się tym miejscem: popodziwiać widoki, odpocząć i zrelaksować się po wysiłku. Australijczycy, których spotkaliśmy, uciekali ze szczytu chwilę po wejściu, czasami nawet nie robiąc żadnego zdjęcia :). Prawdopodobnie główną przyczyną takiego zachowania było to, że nie byli przygotowani na warunki tam panujące (zimno, wiatr), a oni nic nie mieli ze sobą: ani wody, ani czapki, ani ciepłego odzienia. I to ich zdziwienie, że na szczycie góry wieje wiatr :).

Poza tradycyjnym dla nas sposobem zwiedzania gór czyli pieszo, park zwiedzaliśmy także „po australijsku”, co w tym przypadku oznacza poruszanie się samochodem. Przy użyciu tego środka transportu przejechaliśmy główną drogą w parku zwaną Stirling Range Drive, która ma długość 42km i uznawana jest za samochodowy szlak widokowy poprowadzony przez sam środek parku.

Park Narodowy William Bay, Park Narodowy Walpole-Nornalup, Park Narodowy Shannon, Park Narodowy Mount Frankland, Park Narodowy Warren

Kolejny etap podróży to powrót do klimatów nadmorskich oraz wizyta w najsłynniejszych lasach Australii (drzewa karri i tingle).

Na początek zawitaliśmy do Parku Narodowego William Bay (okolice miasta Denmark). Tam szybki rzut oka na  główne atrakcje czyli formacje skalne o nazwie Elephant Rocks i Greens Pool, a następnie dalsza podróż do Parku Narodowego Mount Frankland South. To właśnie tutaj, w miejscu położonym w środku lasu, do tego niezbyt obleganym przez ludzi, otoczeni przez drzewa i panującą wokół ciszę, wybraliśmy camping, na którym postanowiliśmy stacjonować przez kolejne cztery dni. I to z tego miejsca wyruszaliśmy każdego dnia na zwiedzanie oraz na spotkanie z turystami, których w tych okolicach jest naprawdę sporo. W tym czasie nasza uwaga skupiona była na zobaczeniu słynnych lasów endemicznych, w których występują drzewa – olbrzymy z gatunku karri i tingle. Co ciekawe, w tych okolicach występuje spore nagromadzenie parków narodowych. Wystarczy odjechać samochodem kilka, kilkanaście kilometrów w jakimkolwiek kierunku i już człowiek znajduje się w innym parku narodowym, często trudno nawet ustalić, gdzie przebiegają ich granice. W ten oto sposób odwiedziliśmy Park Narodowy Walpole – Nornalup, którego największą atrakcją jest Valley of the Giants Tree Top Walk czyli spacer na podestach zawieszonych pomiędzy wysokimi drzewami (drzewa osiągają do 80m wysokości, a podesty znajduję się na wysokości 50m). Odwiedziliśmy także Park Narodowy Shannon, w którym główna samochodowa trasa widokowa nadal pozostawała zamknięta po pożarze, jaki miał miejsce w 2015 roku. W tym parku  zobaczyliśmy więc tylko Snake Gully Board Walk z punktem widokowym na… las :). Kończąc szlak „leśny” odwiedziliśmy jeszcze Park Narodowy Warren, w którym znajduje się jedno z trzech gigantycznych drzew, na które przewidziano możliwość samodzielnego wejścia na jedną z dwóch platform widokowych tam zamocowanych. Dawniej wspomniane platformy służyły jako punkty obserwacyjne okolicy, stąd wypatrywano potencjalnych zagrożeń w postaci pożarów. Aktualnie jest to tylko atrakcja turystyczna dla prawdziwych śmiałków. Wspinaczka odbywa się bowiem z poziomu 0 do wysokości 70 metrów, wyłącznie przy wsparciu prętów wbitych w drzewo i metalowej liny zabezpieczającej przed upadkiem. W dniu naszej wizyty było świeżo po deszczu, obawialiśmy się więc, że będzie ślisko i niebezpiecznie. W związku z tym zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. A nawiązując jeszcze do pogody, wspomnieć należy, że w tym czasie nas nie rozpieszczała, było mało słońca i często padał deszcz. Na zakończenie naszej wizyty w „leśnej krainie” weszliśmy jeszcze na szczyt najwyższego wzniesienia w Parku Narodowym Mount Frankland, od którego park wziął swoją nazwę, i z którego rozciąga się panoramiczny widok na okoliczne lasy z olbrzymimi drzewami.

Margaret River, Park Narodowy Wellington

Tydzień przed powrotem do Perth odwiedziliśmy miasteczko Margaret River. Jego okolice słyną z licznych winnic, ale dla nas nie to było najbardziej interesujące. Dotarliśmy do tego miejsca pchani niewyczerpaną chęcią odkrywania ciekawych krajobrazów oraz nadzieją na kolejne spotkania z niezwykłą australijską przyrodą. Podsumowując, możemy stwierdzić, że nie zawiedliśmy się. Samo miasteczko jest co prawda mocno turystyczne, ale ma przyjemny klimat. Poza tym widzieliśmy Cape Leeuvin (przylądek) czyli miejsce, w którym łączą się wody dwóch oceanów, byliśmy również w Hamelin Bay, gdzie spotkaliśmy się z rezydującymi w tym miejscu płaszczkami.

Następnie mieliśmy plan, aby osiąść w Busselton, ponoć w miłej, nadmorskiej miejscowości. Jednak po dotarciu do celu miasteczko odstraszyło nas swoim klimatem: malutkie campingi wzdłuż głównej, ruchliwej drogi przelotowej oraz nieustający ruch, szum i tabuny ludzi. Szybko i zgodnie podjęliśmy decyzję, że uciekamy jak najdalej od tego miejsca. Nie mając planu awaryjnego oraz zbyt wielu alternatywnych rozwiązań (w naszej ocenie ta okolica nie jest tak atrakcyjna, jak wcześniej przez nas opisywane), wybraliśmy postój w Parku Narodowym Wellington. To właśnie w tym miejscu spędziliśmy ostatnie cztery dni przed powrotem do Perth. Chociaż krajobrazowo miejsce to nie powaliło nas na kolana, to pobyt tam wspominać będziemy miło. Każdego dnia odwiedzało nas bowiem jakieś zwierzątko, w tym dziwna odmiana kangura lubiąca marchewkę, zielone i czarne papugi oraz inne ptactwo. To właśnie w tym miejscu obserwowaliśmy Superksiężyc (14 listopada 2016). Byliśmy również na zaporze zbudowanej na terenie parku (Wellington Dam) oraz pojechaliśmy zobaczyć dziwną ciekawostkę regionalną czyli Gnomesville – „punkt składowania krasnali i innego badziewia”. Pewnego dnia ktoś miał pomysł, aby postawić figurkę krasnala przy rondzie. Następnie idea bardzo szybko została podchwycona przez inne osoby i aktualnie przyjeżdżają tutaj ludzie z całej Australii, jedni po to, aby postawić swojego krasnala, inni tylko po to, aby to interesujące miejsce zobaczyć. Nikt jednak nie dba o bieżącą jakość krasnali oraz porządek i czystość. Z tego względu nasze ogólne wrażenie po wizycie w Gnomesville nie było zbyt pozytywne. Pozostały czas spędziliśmy odpoczywając i zamykając tematy związane z naszą kilkunastomiesięczną wyprawą.

Zwiedzanie Australii zakończyliśmy krótką wizytą w Parku Narodowym Serpentine Falls w drodze powrotnej do Perth. Ostatni tydzień (18-24 listopada) naszego pobytu w Krainie Kangurów to jednocześnie pierwszy od siedmiu miesięcy moment, kiedy mieszkaliśmy pod standardowym dachem. Było to w Jindalee odległym od centrum Perth o 50km. Jednocześnie był to dla nas czas ponownego oswajania się z cywilizacją i przypominania sobie życia sprzed „wielkiej tułaczki” :).

Reklamy

5 uwag do wpisu “Kierunek południe – w drodze do Perth po raz drugi, ostatni

  1. Hej cieszę się, że trafiłam na waszego bloga. Piękne zdjęcia i mnóstwo ciekawych informacji. Planuję 3-miesięczną podróż po Australi w następnym roku, więc wasz blog jest moją inspiracją. Pozdrawiam serdecznie

    Polubienie

  2. […] Dla nas miejsce magiczne! Znajdziesz tu: rzeki, góry, ocean z turkusową wodą, ciekawą linię brzegową z urozmaiconymi formami skalnymi, piaszczyste plaże z drobnym białym piaskiem oraz z dużą ilością muszli. Jeśli chodzi o przyrodę ożywioną, miejsce to zamieszkują: ptaki, kangury, „uśmiechnięte” jaszczury, węże, wieloryby, delfiny. Roślinność również jest bardzo ciekawa, wspomnieć można min. o rzadko występującej roślinie o nazwie Hakea Royal. Na końcu nadmienić należy, że nie jest to miejsce turystyczne. Podczas naszego pobytu do wschodniej części parku wiodła tylko jedna, utwardzona, ale o bardzo słabej jakości droga, podczas gdy droga asfaltowa była zamknięta. W części wschodniej parku polecamy wspinaczkę na East Mount Barren (311m npm) z zachwycającym widokiem na Culham Inlet oraz spacer nadmorskim szlakiem Hakea Walk Trail. W zachodniej części parku koniecznie trzeba odwiedzić miejsce o nazwie Point Ann, by w okresie od czerwca do października obserwować samice wielorybów bawiące się ze swymi pociechami! O naszej wizycie w tym parku możecie poczytać tutaj. […]

    Polubienie

  3. Dzien dobry,
    Szukając informacji o Zachodniej Australii trafiłam na wasz blog, czytam z zainteresowaniem, super ze mogę sie dowiedzieć tyle ciekawych informacji na temat tej częsci Australii. Za 3 tygodnie wyjezdzam do Perth i chcialacym zobaczyć jak najwiecej, szczególnie interesuje mnie roslinnosc i zwierzeta no
    i oczywiscie piekne krajobrazy. Miasta raczej tylko przejazdem obejrzę a ponieważ bedę tylko dwa tygodnie to mało czasu jak na tyle ciekawości, może moglibyście mi polecić te najfajniejsze miejsca. Jadę do przyjaciół i pewnie oni przygotują jakieś wypady ale chciałabym też coś z siebie wnieść. Wiem, ze będę w Margaret Rivers i chcialabym pojechać do Park Narodowy Fitzgerald Riveri ale czy warto bo to dosyć daleko, jak myślicie? co byście wybrali na 2 tygodnie w tej części Australii?

    Polubienie

    • Hej, Park Narodowy Fitzgerald River jest dość daleko od Perth jednak w naszej opinii zdecydowanie wart spenetrowania. Dużo zależy też co Cię interesuje – lasy, góry, plaże. Wydaje się, że 2 tygodnie lepiej będzie wykorzystać na południu WA, na północną część trzeba by ciut więcej czasu. Ze względu na dostępny czas na północ proponujemy jedynie Pinnacles Desert. Miłych wrażeń 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s